Śledziłam kiedyś pewną blogerkę, która naprawdę ciekawie pisze, czyta się wszystko z przyjemnością. Ale po dłuższym czasie zaczęłam się czuć beznadziejnie. Bo ona wstaje o 5 rano by iść na siłownię lub pobiegać nawet jeśli spała 3 godziny. Motywacja to podstawa. Trzyma ścisłą dietę (poza wakacjami na których sporo tyje) i ma figurę modelki pomimo gromadki dzieci. Z cellulitem też wygrała. Zaczęło mi to jechać po psychice. Bo ja jeśli nie prześpię minimum 7 godzin, idealnie 8 to jestem do niczego. Jeśli zamiast makaronu jem cukinię, a zamiast chleba jaja to też jestem jak kupka nieszczęścia.

No tak, ale ja mam przez to grubą dupę a ona nie. Ale też ja nie mam bzika na punkcie jedzenia. Po 2 miesiącach wakacji nie płaczę, że po dobrym jedzeniu przybyło mi 5kg i teraz jestem skazana na 10 miesięcy keto.

Fit królowe polskie też odlajkowałam. Pomimo, że pewne elementy lubiłam, np. przepisy. Ale też zryły mi psychikę. Pamiętam jak z bezsilności zaczęłam dietę 1000kcal bo za diabła nie mogłam się pozbyć tej fałdki na brzuchu i boczków. Chociaż ćwiczyłam turbo spalania, ekstra figury. W tym czasie wpadłam w tygodniowe załamanie bo w tłusty czwartek po treningu zjadłam cholernego pączka i na drugi dzień 2kg więcej na wadze. A Chodakowska też zjadła i miała ABSy. No jak?

Zdrowe batony i kulki mocy, rozgrzewające owsianki Lewandowskiej też mi nic nie pomogły. To naturalne kobiece sadełko (tak to nie jest wynaturzenie) i boczki nie znikały. Ale znikały mięśnie i to zrozumiałam niedawno. Byłam skinny fat. Typowe po odchudzaniu jeśli nie stać cię na zabiegi ujędrniające i liposukcję. Te mięśnie które zniknęły odbudowałam jedząc co chce, ile chce i ćwicząc w miarę regularnie. Co ciekawe mój tyłek plus size ma mniejszy cellulit i jest jędrniejszy niż kiedyś.

Teraz chcę byś mnie dobrze zrozumiał kontynuując czytanie. Miej w pamięci, że uważam ruch za ważniejszą rzecz niż np. zdrowe jedzenie. Im więcej świeczek na torcie tym bardziej człowiek odczuwa bezruch. Czuje się sztywny i pokraczny. Przy pracy siedzącej ja marzę o gimnastyce. Bez niej kapcieję. Tylko z Fitspo mam poważny problem.

Fitspo: Strong is the new skinny

Fitspo: uwielbienie fit mężczyzn i kobiet, ich stylu życia, ich ciał i ich ścisłych reżimów treningowych i dietetycznych. Fitspo zbombardowało media poprawionymi przez chirurga i programy graficzne beach body w skąpych bikini i z krągłymi pośladkami. Paradującymi po ulicach fit celebrytkami w drogich markowych strojach i z sokami na detoks w dłoniach. Wszystko to tworzące iluzję, że prawdziwy mężczyzna ma mięśnie ze stali, a prawdziwa kobieta wygląda jak modelka z Victoria’s Secret.

Kiedy patrzymy na obrazki z internetu wyniszczamy siebie. Nigdy nie dorównamy temu, co tam widzimy. Mamy predyspozycje do różnych ciał. Piszą do mnie bardzo szczupłe dziewczyny, które mają wielką trudność z budowaniem mięśni, a tkance tłuszczowej mogą zapomnieć. I są też takie, które bez wyniszczenia siebie nigdy nie będą miały wcięcia w talii. Zdrowie u każdego wygląda inaczej.

Wpienia mnie kiedy na popularnym profilu która skupia miliony kobiet pojawiają się metamorfozy od pulchnej Grażyny do modelki fit. I to są jedyne metamorfozy jakie można zobaczyć. Jak iść to na całość. Albo jest ABS i stalowe pośladki albo jest porażka. Wymówki. Całkiem wypaczono znaczenie sportu.

Kochałam ruch, aż do czasu rewolucji Fitspo

Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i do gimnazjum kochałam ruch, tylko na swój własny sposób. Bo ja mam dwie lewe ręce do siatkówki i do tego typu gier zespołowych. Z koszykówką jest nieco lepiej bo mogę sobie sama dla przyjemności stać i rzucać piłką do kosza, uczyć się powoli i być coraz lepszą. Styl introwertyczny. Bez krzyku, ocen, upokorzenia z powodu nie bycia wybranym do drużyny lub byciem ostatnią. Kochałam ruch na swój sposób. To znaczy tak długo skakałam na skakance aż dałam radę skakać dłużej niż dzieci na podwórku. Tak długo ćwiczyłam skakanie w gumę aż skakałam wyżej niż inne dzieciaki. Skakaliśmy godzinami. Na wakacjach i na przerwach w szkole. Nawet na wąskim szkolnym korytarzu.

Mi na tym zależało, by być coraz lepszą. Później, sama już, bo dzieciaki wyrosły z “dzikich” czyli nieszkolnych sportów (znajomi grali tylko w siatkę), tak długo wyjeżdżałam na rowerze pod wszystkie najwyższe góry aż nie musiałam odpoczywać a tym bardziej prowadzić. To były godziny w drodze, spędzone na jeżdżeniu po okolicznych wioskach, mieście i górach rzecz jasna. Miałam stalowe mięśnie nóg, tyle że ciągle grube i pokryte cellulitem. W społecznym mniemaniu musiałam być leniwa i łakoma, tak wyglądałam.

Kochałam pomimo bycia zawstydzaną podczas lekcji wf-u

Pamiętam jak dziś gimnazjum, kiedy w szkole było zaliczenie ze skoków przez skrzynię. Ja mimo że byłam po restrykcyjnym odchudzaniu, szczuplejsza niż większość dzieciaków w grupie to i tak nie miałam wystarczająco siły i koordynacji by skoczyć przez tego pieprzonego kozła. Gracja i koordynacja są mi obce, z tym się pogodziłam. Ale to nie tak, że odpuściłam. Zaliczyłam tego kozła na 4+. Godzinami ćwiczyłam w domu skok na stół. Wiem co sobie teraz myślisz, to niebezpieczne. Pewnie! Mało sobie karku nie skręciłam. Samo to, że w domu nie było miejsca na takie cuda. Ale skoro nikt nie zwrócił mi uwagi to ćwiczyłam.

Na zaliczeniu zrobiłam dwa podejścia, nawet nauczyciel we mnie nie wierzył i zalecił bym nie próbowała on da mi zaliczenie. Ale skoczyłam za drugim razem, prawie dobrze. Jakoś się zahaczyłam tak że wyrżnęłam głową w skrzynię. Ale przeskoczyłam. Nastraszyłam nauczyciela, podbiłam sobie oko. Byłam gotowa próbować dalej a co, ja przecież ćwiczyłam. I ten nauczyciel ze strachu bym tego już nie robiła dał mi 4+. Nie byłam przekonana bo tyle ćwiczyłam, że dałabym radę skoczyć lepiej. Tylko ten ból głowy skłonił mnie do akceptacji.

Pamiętam inne zaliczenie, ze skoków w dal. To była podwójna lekcja wf-u. Na pierwszej godzinie nauczyciel pokazał nam jak się robi skok w dal, na drugiej były oceny. Nie tylko nie wiedziałam jak skoczyć ale też nie skoczyłam, co najwyżej podskoczyłam. Skończyłam ze słabą tróją. Ale przyznaj, nie miałam szas. Ocena tego skoku zależała od ogólnej sprawności i sportowych predyspozycji ucznia.

Na studiach zrezygnowałam z chodzenia na wf, po wielkim rozczarowaniu i traumie ze szkoły średniej nie chciałam dłużej być na to narażona. Ale nie znaczy to, że ja zrezygnowałam z aktywności fizycznej. Przez pierwsze 2 semestry dochodziłam na uczelnie nawet 4 km w jedną stronę na piechotę. Jeśli tylko pogoda na to pozwalała. Wf zaliczyłam na basenie, gdzie uczyłam się pływać. Właściwie sama. Nie myśl, że nauczyciel chciał się zamoczyć prowadząc lekcje. Także nie, ja nie byłam leniwa.

Do ruchu zraziłam się dużo później. I pomimo, że ciągle on był w moim życiu bo zawsze wracałam do ćwiczeń to one były już przymusowe, za karę bo moje ciało było nie takie jak trzeba.

Kontynuuj czytanie:

Jak fitspo niszczy kobiety?