Przez 15 lat mojego życia miałam ogromną motywację do odchudzania. Miałam tyle samozaparcia i silnej woli, że świeciłam przykładem. Wyobrażałam sobie jakby to było źle gdybym znów przytyła. Jak moje otoczenie by to komentowało. Wyobrażałam sobie też jak kupuję same najzdrowsze produkty w sklepie i omijam półkę ze słodyczami. Oczyma wyobraźni widziałam jak opieram się pokusie i nie jem ciasta u cioci na imieninach. Miałam w głowie wizję jak ubieram sukienkę w rozmiarze 36 i jaka jestem z tego dumna. I wiesz co?

To działało. Było dokładnie tak jak sobie wyobraziłam. Poza pewnym szczegółem. Przymierzałam w sklepie sukienkę w rozmiarze 36, tak jak sobie wymarzyłam. Nie jadłam ciasta upieczonego przez mamę mojego chłopaka. W sklepie kupowałam same warzywa, owoce i chude mięso. A kiedy odwiedzałam rodzinę jadłam tylko przygotowane przez siebie posiłki. Było idealnie! Tak jak wizualizowałam wcześniej. Było tak idealnie, że nijak nie mogłam zrozumieć dlaczego jest tak do dupy. Miałam ciało i ubrania, których nie miałam komu pokazać i nie miałam też siły by je komukolwiek pokazywać.

Odsunęłam się od rodziny. Nie wychodziłam z chłopakiem na kawę i ciasto, na pizzę – na nic. Nie byłam zainteresowana spotkaniami z ludźmi bo oni mnie nie rozumieli. Moimi jedynymi przyjaciółmi byli trenerzy z YouTube’a, lekarze i znani influenserzy z internetu, którzy uczyli jak się odchudzać.

Cała moja uwaga była skupiona na tym by mieć ten rozmiar 36. Nie było dla mnie nic ważniejszego. To było ważniejsze od matury i ważniejsze od ocen na studiach. Poza tym mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Myślenie nie było najważniejsze.

Z roku na rok czułam się gorzej. Miałam coraz większy problem ze skupieniem się na zadaniach do wykonania. Oglądnięcie 90 minutowego filmu było czymś nieosiągalnym, no chyba że podzieliłam go na 3 dni. Mgła mózgowa była codziennością. Bałam się spotykać z ludźmi żeby nie musieć tłumaczyć, że ja tego i tamtego nie jem. Nie miałam też ochoty. Łatwiej jest myśleć o jedzeniu w domu niż w kawiarni, w której z powodu zapachu i widoku jedzenia aż skręca w żołądku.

Byłam przekonana, że to byle jakie samopoczucie to błąd w diecie. Jedzenie jest takie kiepskie i zatrute. To musi być gluten, kukurydza, opryski. Gdybym tylko mogła jeść jeszcze bardziej eko, jeszcze bardziej fit. Gdybym tylko nauczyła się więcej o swojej psychice – w rozwoju osobistym mówi się, że to wszystko kwestia nastawienia. Jadłam już perfekcyjnie, stosowałam afirmacje, wszędzie chodziłam na nogach. Ale nie było lepiej. Nasilała się tylko moja ortoreksja i depresja.

Wszystkie problemy ustąpiły, z depresją na czele – kiedy pozwoliłam sobie nie mieć rozmiaru 36. Oczywiście nie od razu. To nastąpiło stopniowo. Potrzebowałam roku by wszystko wróciło do normy. Jedynym kosztem mojego nowego życia było ciało.

Stałam się tą dziewczyną, które fit trenerki uważają za leniwą, zaniedbaną i godną społecznej dezaprobaty. Taką, której należy głośno powiedzieć, że jest za gruba.

Wraz ze staniem się “tą dziewczyną” mój mózg zaczął pracować. Zaczął pracować do takiego stopnia, że w 5 minut po przebudzeniu jest gotowy do skomplikowanej pracy, bez kawy i innych wspomagaczy. Przez wiele lat nie umiałam trafić w bilę na stole bilardowym. To było dla mnie niewykonalne z powodu kiepskiej koordynacji, niemożności skupienia się. Po latach przerwy, “ta dziewczyna”, bez żadnej dodatkowej, praktyki trafia w każdą jedną bile. Wygrywa.

Nie stałoby się to nigdy gdybym nie odkryła Jedzenia Intuicyjnego, które dało mi prawo do jedzenia, cieszenia się tym i zaspokajania moich własnych potrzeb. Wszystko to bez względu na to, co mówi społeczeństwo.

Jedzenie Intuicyjne nauczyło mnie, że żaden pokarm nie jest pokusą i nie należy go tak traktować bo to właśnie wtedy pojawia się obsesja i zachcianki.

Wiem, że poza presją społeczną nie ma żadnego liczącego się powodu bym kiedykolwiek chciała porzucić dobre samopoczucie dla rozmiaru 36.

Bo nie daj się nabrać. Nie chodzi ani o zdrowie ani dobre samopoczucie. To kwestia presji społecznej. Zdrowie i sprawność ciała to bardziej złożona kwestia.

Jest szalona różnica pomiędzy motywacją do dbania o siebie a motywacją do spełniania społecznych standardów. Strach przed tym, że nie będziemy akceptowani przez innych to kiepski przewodnik w życiu.

Czytaj również: